Przejdź do głównej zawartości

Posty

  Czy zdarzyło ci się powiedzieć lub usłyszeć: TO PRZEZ CIEBIE TAK POSTĄPIŁEM. TO PRZEZ CIEBIE TAK SIĘ CZUJĘ ? Wygodne to, gdy odpowiedzialność za swoje czyny i emocje przenosimy na drugą osobę, To nie my tylko ten drugi/ta druga! To on/ona nas sprowokowała/-ł ! Zastanówmy się, czy w istocie to inne osoby odpowiadają za nasze działanie. Pan X kupił karpia innego niż powiedziała mu pani Y. Pani Y pomyślała : pan X musi być niezgułą skoro nie potrafi zrobić tego, czego od niego się oczekuje // pan X zapewne zrobił to celowo - nie słucha z odpowiednią uwagą słów pani Y // właściwie panu X pewnie w ogóle nie zależy na pani Y. Gdy pani Y tak myślała to i poczuła złość. Złość tę głośniej niż zwykle wyraziła niepochlebnie opisując inteligencję i pamięć pana X. Gdy ten zaprotestował przeciwko tym słowom usłyszał, że TO PRZEZ NIEGO TAK SIĘ ONA ZACHOWUJE. No rzeczywiście - gdyby tylko kupił innego karpia nie usłyszał by takich opinii na swój temat, nie zepsuł by nastroju pani X - TO WSZYSKO JEG
Najnowsze posty
  M.Wollynn w swojej książce "Nie zaczęło się od ciebie" pisze: "Wszyscy rodzice zadają swoim dzieciom ból. Nie da się tego uniknąć." Możemy w pierwszym odruchu pomyśleć- "No to grubo przesadził! Moi rodzice nigdy mi nie zadali bólu! Ja nigdy swoim dzieciom bólu nie zadałem." W drugim odruchu pomyślmy: czy gdy każę swojemu dziecku codziennie myć zęby to ono jest szczęśliwe z tego powodu? Czy, gdy nie pozwalam mu "siedzieć na komputerze/komórce" to ono w pełni godzi się z moim pomysłem i czuje wdzięczność do mnie, za troskę? NIE. Jest zezłoszczone, smutne, myśli o nas niemal jak o oprawcy, który wyrządza mu krzywdę. Te uczucia i myśli są jak najbardziej naturalne. Dorośli przecież też czują złość i myślą niepochlebnie o osobach, które coś im narzucają. Więc tak - co jakiś czas sprawiamy swoim dzieciom ból, co jakiś czas najlepsi nawet nasi rodzice sprawiali nam ból. Problem pojawia się wówczas, gdy tego bólu jest tyle, że zaczyna dziecko niszczyć

Lwy w naszej głowie...

Kiedyś życie było prostsze. Antylopa spokojnie pasła się na  sawannie póki nie dostrzegła czającego się do ataku lwa. Wówczas jej ciało ze 100% wydajnością ruszało do akcji i (przy odrobinie szczęścia) antylopa uciekała przed zagrożeniem. Za reakcję ucieczki (lub walki) odpowiada część mózgu zwana układem limbicznym. Jest on w stałej gotowości do wykrywania niebezpieczeństw i pobudzania ciała do działania. Na ogół się bardzo dobrze sprawdza. Zwierzęta uciekają, gdy dostrzegą  zagrożenie i odpoczywają, gdy go nie widzą. Ta druga czynność zajmuje im więcej czasu. W naszych ludzkich mózgach układ limbiczny także czuwa nad naszym bezpieczeństwem. Niestety współcześnie tym, co nam zagraża nie są lwy z sawanny, od których można odbiec. Nasze współczesne lwy to myśli o tym, co nas może złego spotkać. A tutaj lista jest długa. Ostatnio powiększona o myśli o zagrożeniach związanych z epidemią. I nasz układ limbicznych żąda od nas reakcji. Tylko jak uciec przed myślą o tym, że może zachorujemy m

Nim będzie za późno...

Sue Johnson, twórczyni Terapii Skoncentrowanej na Emocjach, wyjaśnia, że w związku, w którym dzieje się źle - partnerzy oddalają się od siebie - ich relacja przechodzi przez cztery etapy: 1. Złość i sprzeciw – Atakujemy drugą osobę domagając się jej uwagi. Niestety pod krytyką trudno dostrzec pragnienie bliskości i sytuacja pogarsza się. 2. Przywieranie i poszukiwanie – Prosimy, niemal błagamy druga osobę, aby poświęciła nam uwagę, znalazła czas dla nas, przytuliła. 3. Depresja i utrata nadziei – Gdy ani „groźby, ani prośby” nie skutkują to pojawia się rezygnacja i smutek. Uznajemy, że już nic się nie da zrobić. Rezygnujemy z dalszych interwencji wobec tego drugiego/tej drugiej albo grozimy ostatecznym rozstaniem. 4. Odłączenie – Jesteśmy pogodzeni w sobie, że związek już wygasł i nie walczymy już o tę relację. Zaczynamy prowadzić odrębne życie. Rozstanie z czasem zostanie sformalizowane… Zdaniem Sue Johnson, gdy związek wkroczył w czwartą fazę nie można już go uratować. Więc na terapi

Czy „miłość jest ślepa”?

Zastanawiacie się czasem, jak to się stało, że decydując się na małżeństwo, wybraliście akurat tę kobietę/ tego mężczyznę? Takie rozważania mogą pojawić się zwłaszcza wtedy, gdy w małżeństwie coś zaczyna „zgrzytać”. Wtedy – w chwilach złości – myślimy np.: „co ja w niej/nim widziałem/widziałam?, gdzie ja oczy miałam/miałem?” Oczy mieliśmy na swoim miejscu i widzieliśmy „tego jedynego” człowieka, z którym chcemy spędzić resztę życia! Kochaliśmy go! Można się jednak dopytać – ale dlaczego właśnie ją/jego? Wśród licznych mitów na temat miłości jest też stwierdzenie, że „miłość jest ślepa”. O nie! Dokładnie choć nieświadomie „wiemy”, kogo wybieramy. Psychoterapeutka par Krystyna Mierzejewska – Orzechowska uważa, że wybór partnera/partnerki jest „absolutnie trafnym wyborem”. Tu można zwrócić uwagę na kilka aspektów. Po pierwsze wybieramy osobę, która wydaje nam się oferować nam to, czego nam najbardziej brakuje. A najbardziej brakuje nam tego, czego nie otrzymaliśmy w domu rodzinnym… Je

Kochanie, nie masz racji!

Słyszeliście to od partnera/ partnerki? Jak wówczas poczuliście się? Mieliście ochotę do uznania, że „nie macie racji” , a wasz partner/partnerka wie lepiej tj. „ma rację”? No nie koniecznie…. Choć z drugiej strony, gdy wy mówicie partnerowi/partnerce, że „nie ma racji” to czujecie „święte oburzenie”, gdy on nie uznaje tego i upiera się przy swojej – waszym zdaniem – „nie właściwej racji”… To o co tu chodzi? Zdaniem psychologów możemy mieć tu do czynienia z kilkoma zjawiskami psychicznymi. Jedno z nich to tak zwany „naiwny realizm”. Polega na tym, że uważamy, że my mamy pełny i obiektywny obraz sytuacji. Dokładnie widzimy „jak jest” i logicznie – w jedyny słuszny sposób o tym myślimy. Jeżeli ktoś uważa inaczej niż my to jest niedoinformowany. Więc jeśli mu te informacje dostarczymy to na pewno zgodzi się z nami – uzna „naszą rację”. Gdy, mimo naszej argumentacji, tak się nie dzieje, to widać nasz rozmówca ma złą wolę. Nie chce się z nami godzić z powodu jakiś swoich wewnętrznych p

Podobno motyl żyje tylko dwa tygodnie...

Czasem, aby dojść do "ładu z własnym wnętrzem" potrzebujemy impulsu z zewnątrz. Dzieje się coś, co skłania nas do myślenia "dalej tak być nie może" i wówczas zabieramy się za wewnętrzne zmiany. Bez tego zewnętrznego impulsu możemy dryfować niesieni przez fale losu godząc się na niedogodności, pocieszając się, że są tylko drobne i przemijające. Myślimy, że kiedyś będzie lepiej, kiedyś sięgniemy po to, co dla nas ważne, kiedyś zaczniemy żyć na prawdę. Kiedyś...  Czasem jednak nawet impuls z zewnątrz nie skłania nad do refleksji. Uznajemy, że to świat jest niedobry, niedobrzy są inni i kontynuujemy swój dryf coraz bardziej zdziwieni, zezłoszczeni i zgorzkniali. Coś nam przeszkadza. Może nieświadoma niechęć do przyznania się przed sobą do błędów? Może lęk przed akceptacją strat? A może po prostu nie wiemy, co mamy zrobić? Choć tutaj może pomóc rozpoczęcie poszukiwań wskazówek. Nie mamy wieczności przed nami.  Jak piękne motyle - mamy ten krótki czas "tego lata&