wtorek, 25 lutego 2014

"Poniedziałkowy stres"


W reklamie telewizyjnej „środka na uspokojenie” jakiś gość mówi, że 2 na 3 Polaków przeżywa w poniedziałek stres idąc do pracy. Radzi wziąć te prochy i „po sprawie”. Nie, nie po sprawie. 
Po pierwsze prochy tak nie działają . 
Po drugie po sprawie będzie jeśli zniknie przyczyna stresu. Jego przyczyną może być to, że w pracy tym „2 na 3 Polakom” jest po prostu paskudnie. Paskudnie – bo „szef to idiota”, bo pracownicy to „lizusy” i „lewusy”, praca jest „bez sensu”, „otumania”, bo „marnujemy się” w niej, bo „za mało” nam płacą, itd. To opinie, a nie opisy. 
To opinie a nie opisy. Jeżeli tak o swojej pracy myślimy to mamy kilka wyjść.
Możemy zmienić swój sposób myślenia o pracy (przecież nasze emocje są wynikiem naszego postrzegania i myśli o rzeczywistości) 
Czasem jednak jakbyśmy nie myśleli to i tak niczego nie zmieni.w naszych emocjach związanych z pracą. 
To ewidentny znak, że ta praca jest nie dla nas. Emocjom na ogół warto wierzyć.
Pozostają wówczas dwa wyjścia. Pierwsze to przeżywanie stresu ( i wszystkich negatywnych tego konsekwencji - począwszy stałego zmęczenia i zniechęcenia, poprzez trudności w relacjach z bliskimi, choroby ciała - nadciśnienie, wrzody itd, po stopniowe popadanie w depresję). Choć moim zdaniem to nie wyjście . 
Drugim rozwiązaniem może też być zmiana w pracy albo pracy.
No właśnie, dlaczego tych „2 na 3 Polaków” nie poszuka sobie innej pracy?
„Łatwo powiedzieć”, ktoś czytający te słowa może tak pomyśleć, „ale jak to zrobić, gdy o pracę tak ciężko, gdy może się okazać, że tej lepszej się nie znajdzie. A zresztą wszędzie jest tak samo.”
No właśnie, jak jest można się przekonać decydując się na zmianę. Tu trudność. Trzeba podjąć decyzję, a nie wiadomo, czym to się dla nas skończy.
Przez całe swoje życie podejmujemy decyzje. W tej chwili, gdy czytasz te słowa postanowiłeś / postanowiłaś poświęcić czas na to zamiast np. sprawdzić pogodę na najbliższy weekend.
Uczymy się podejmowania decyzji obserwując innych, doświadczając, popełniając błędy. Rzadko kiedy zdarza się świadome opanowywanie procedur podejmowania decyzji. Otoczenie nie koniecznie pomaga nam w tej nauce. Rodzina i nauczyciele zazwyczaj oczekują wykonywania poleceń. Nasza decyzja dotyczy właściwie tylko kwestii „podporządkować się, czy nie”. Podporządkowaniu się wprawdzie towarzyszy wewnętrzny bunt, ale ma ono też swoje zalety. Jesteśmy akceptowani, a w przypadku, gdy okaże się, że wykonane posłusznie zalecenia były błędne, odpowiedzialność ponosi ktoś inny. Właściwie te pomysł na podporządkowywanie się oczekiwaniom innych może nas zwolnić z większości rozterek. Do szkoły „musimy” iść – więc nie ma to o czym decydować. Edukację zazwyczaj kontynuujemy tak długo, jak jest to przyjęte w naszym środowisku. Więc jedni skończą zawodówkę a inni staną się magistrami. Czasem też to bliscy nam wskażą jaką wybierzemy zawodówkę lub studia. Kolejne szkoły wybieramy , bo „ - tam uczą się koledzy”, „- ktoś mówił, że tam jest fajnie”, „- podobno potem będzie łatwiej o pracę”, „- ta szkoła jest blisko”, „- wszystko mi jedno”.
Potem – „jak wszyscy” – zaczynamy szukać pracy. Przekonani o tym, że o pracę jest trudno (media nas tym straszą, znajomi bez pracy w ten sposób uzasadniają swoją sytuację, ci z pracą mogą tak pokazywać swoją wyższość) „łapiemy” cokolwiek. Potem kolejne „cokolwiek” i po 20 latach okazuje się, że wykonujemy pracę, której nie lubimy. Trzymamy się jej z przyzwyczajenia, wygody lub ze strachu. Na jednym ze szkoleń rozmawiałem z uczestnikami o pomysłach na długie i udane życie. Wszyscy (osoby w większość ok. 50 lat) stwierdziły, że jednym z warunków jest „praca będąca pasją”. Trudno mi powiedzieć, czy tak myśleli o swoich zajęciach zawodowych. Wydaje mi się, że niektóre z tych osób o pasji w swojej obecnej pracy w ogóle zapomniały. Przyzwyczaiły się, uznały, że „takie jest życie” i nie zwolnią się, aby szukać swego zawodowego spełnienia gdzie indziej. 

Bowiem podjęcie decyzji o zwolnieniu się oznacza ryzyko. Stoimy przed tym większym wyzwaniem, im większa jest niepewność co do rezultatów decyzji i im bardziej dalekosiężne mogą być jej skutki.
Możemy podejmować decyzje, kierując się tym, co robią inni, co wypada robić. Możemy też decydować się na przypadkowe możliwości. I nawet nie zdawać sobie z tego sprawy.
Tylko, że wówczas budząc się w poniedziałek rano pomyślimy z przygnębieniem o nadchodzącym tygodniu (a wówczas nawet „prochy” nie pomogą a życie będzie krótsze nie satysfakcjonujące)
Wcale nie musi tak być!
Proponuję, aby czytelnik/ czytelniczka tych słów przez chwilę przerwała lekturę wyobraziła swoją pracę, to co tam robi, ludzi wokół oraz zwróciła uwagę na to co czuje tak myśląc.

Więc jak ci jest w pracy?


Jeżeli poczułeś / poczułaś przyjemne uczucia (spokój, zadowolenie, satysfakcję, akceptację) to gratuluję! Zadbałaś / zadbałaś o siebie i możesz cieszyć się!



Jeżeli poczułaś / poczułeś złość, smutek, lęk, beznadziejność to … masz świetną okazję dokonać zmiany w swoim życiu. Zmiany, która nada mu kolorów i dni.
Proponuję po pierwsze, abyś założył / założyła (tak treningowo, „na wiarę”), że zmiana jest możliwa.
Następnie pomyśl, jaka praca by ci najbardziej odpowiadała. Wyobraź sobie ją. A jeszcze lepiej na kartce zapisz, jak wygląda twój dzień w „idealnej” dla ciebie pracy, co robisz? z kim? gdzie? dla kogo ta praca będzie ważna?
Nie śpiesz się. Wyobraź sobie, jak się tam poczujesz, jak wracasz do domu i opowiadasz bliskim o tym co się zdarzyło w pracy w ciągu dnia. Widzisz to? Czujesz? Słyszysz?
Teraz drugi krok. Zastanów się, gdzie realnie jest taka praca lub możliwie do niej podobna. Jeżeli nic nie przychodzi ci do głowy to poczekaj. Zacznij szukać informacji w Internecie, pytaj na forach, rozmawiaj z ludźmi. Zorientuj się jakie kwalifikacje trzeba mieć, aby ją wykonywać. Jeżeli ci ich brak dowiedz się jak je zdobyć.
To wszystko na razie będą działania „na papierze”, rozmowy, klikanie w Internecie. Może zająć ci to tydzień, miesiąc, pół roku. Nic nie ryzykujesz zaczynając to robić. Daj sobie czas. Zapisuj swoje uwagi, wrażenia. Często zaglądaj do nich.
W którymś momencie poczujesz, że jesteś gotowa / gotowy do działania.
Wówczas pozostanie ci już tylko umówić się na rozmowę kwalifikacyjną. Może okaże się, że tych rozmów będzie więcej. No cóż, tym lepiej przygotujesz się do tej ostatniej.
Jeżeli nie poczujesz, że jesteś gotowa / gotowy do działania to może nie była to ta „wymarzona praca”, a może po prostu praca nie jest tak ważna dla ciebie jak myślałeś/ myślałaś. 

Może też coś jeszcze w tobie przeszkadza ci w dokonaniu zmiany. 

Może utrudniają ci to nie uświadomione przekonania, obawy. Wówczas warto o tym z kimś porozmawiać.
W każdym razie zacznij działać. 
Przekonasz się jak będzie. Daj sobie szansę. Zacznij marzyć, przygotowywać się, działać.
Twoja najważniejsza decyzja to decyzja o zmierzeniu się ze światem!


czwartek, 6 lutego 2014

Jest tylko TERAZ.


Wczoraj oglądałem film na Planete+ o pewnym nielicznym plemieniu Indian, tym jak pojmują i opisują świat oraz o kłopotach, na jakie tym pojmowaniem, narazili się ludzie z naszego świata. 
Jedna rzecz zwróciła szczególnie moją uwagę. W języku tych Indian jest tylko czas teraźniejszy. Nie mają słów na określeń przeszłości i przyszłości. Ciągle żyją w TERAZ. 

Amerykanin, który przyjechał tam, aby ich nawracać na chrześcijaństwo i spędził wśród nich ok. 30 lat, mówił, że są wyjątkowo spokojni, radośni, trudno ich zdenerwować. 
Pomyślałem, że jak się żyje wśród obfitej roślinności w nad brzegiem rzeki obfitującej w ryby, temperatura nie spada poniżej 20 stopni, nie ma się chęci na posiadanie samochodów, telewizorów OLED, nie dąży się do zrobienia wrażenia na innych nie mówiąc o podbijaniu świata - to rzeczywiście można nie mówić o przeszłości, przyszłości i być zrelaksowanym. 
Nasz klimat jest "odrobinę" inny (tydzień temu -25 C), w rzekach z rybami też jest kłopot i choćby z tych powodów niemyślenie o przyszłości byłoby stanowczo niepraktyczne. 
Po za tym - to ludzie Zachodu przyjechali ich badać, a nie oni odwiedzają Europę dziwiąc się panującym tu zwyczajom. Więc z punktu widzenia sukcesu mierzonego liczbą mieszkańców i opanowanym obszarem to Indianie Piraha są przykładem kultury, której się nie udało. 
Więc ich życie w TERAZ to tylko ciekawostka?
Może jednak można się czegoś od nich nauczyć?
Tutaj przyszły mi na myśl pewne ustalenia psychologów pozytywnych. Zwracają oni uwagę na istotny wpływ praktykowania Uważności na nasz dobrostan. Uważności - zanurzenia się w tym, co jest tu i teraz. W naszym zabieganym świecie straszymy siebie tym, co będzie jutro, mamy żal za to, co było wczoraj. Tego co było wczoraj już nie zmienimy. 
Więc po co to "przeżuwać"? Nie wiemy, co zdarzy się jutro. Po prawdzie - wydaje się nam tylko, że możemy kontrolować przyszłość. 
Więc po co snuć "czarne" scenariusze?
Nie oznacza to, że nie warto uporządkować swojej wizji przeszłości i nie planować swoich działań troszcząc się o przyszłość.
Sztuka polega na tym, a to co wydaje nam się, że było i to, co może być nie zatruwało nam TERAZ. 
Więc może wzorem Indian Piranha i zgodnie z zaleceniami psychologów pozytywnych skoncentrujemy się nad tą chwilą?
Proponuję:
Znieruchomiej na chwilę. Rozejrzyj się wokół. Powoli. Przyjrzyj się ekranowi komputera. Widzisz kolory? Rysy na obudowie? Pixele wyświetlanego obrazka? Popatrz na biurko, ściany wokół, stół itd. Co słyszysz? Kroki na korytarzu? Muzykę? Szum wody w kaloryferach? Sikorki za oknem? Jaki zapach czujesz? Jest ci ciepło? Skoncentruj uwagę na swoim oddechu, poczuj jak rozszerzają się płuca, powietrze wpływa do nosa. Czujesz swoje stopy? Ucisk butów? Oparcie fotela? Kołnierzyk koszuli? 
Potrwaj tak chwilę przyglądając się swojemu oddechowi, ciału, otoczeniu. Jesteś TERAZ.
Już? Jak się czujesz? Powtórzysz to?


poniedziałek, 3 lutego 2014

Na pewnym spotkaniu podczas rozmowy o zmianach w naszym życiu, pojawiło się pytanie: czy nie czasem jest za późno na niektóre z nich.  No bo nawet koloru włosów już „w pewnym wieku nie wypada zmieniać” a co dopiero mówić o zmianie pracy, trybu życia, miejsca zamieszkania, partnera / partnerki?!
Zdarza się nam usłyszeć lub mówić – na to już jest za późno. „Planowałem wyjazd do Indii, ale teraz już jest za późno”. Czasem też można usłyszeć, że na coś jest za wcześnie : „planowałem wyjazd do Indii ale jeszcze nie teraz. Zrobię to później jak…(dzieci dorosną, zarobię więcej, przejdę na emeryturę itd.)”.

Gdy tak mówimy, to dajemy wyraz naszemu przekonaniu, że dla pewnych zmian jest przypisany pewien właściwy czas. Jak ten czas minie lub jeszcze nie nadszedł to zmian nie wprowadzamy. Ba, nawet nie możemy wprowadzać! Siła wyższa, nie ten CZAS!

Na pewno? Rozważmy taką hipotezę:
Wskazywanie odpowiedniego czasu dla zmian to sposób na osłabienie przykrych emocji związanych z nie podejmowaniem zmian.
Zmiana to wyzwanie.
Zmiana wymaga wysiłku. To ryzyko. Zmiany mogą pogorszyć naszą sytuację. Zmiany mogą się nie spodobać ludziom wokół. Możemy ich żałować.  Jeżeli tak myślimy, jeżeli boimy się tego, co naszym zdaniem może się zdarzyć (choć przecież nie wiemy co się stanie) to lepiej zmian nie dokonywać.
A co zrobić z poczuciem straty (straty tego co moglibyśmy zyskać), smutku, złości, z poczuciem dyskomfortu (żeby nie napisać cierpienia) związanym z REZYGNACJĄ ze zmiany?
Właśnie tu z pomocą może przyjść nasz własny „regulamin wprowadzania zmian” zawierający wykaz zmian i okoliczności odpowiednich ku nim.  Wyciągamy go, otrzepujemy z kurzu i głośno sobie mówimy „na to jest za późno”, „na to za wcześnie”, to „jest za trudne”, tego „nie wiadomo jak robić”, itd. itp.
Potem z nieco czystszym sumieniem i uśmierzywszy niepokój możemy nadal tkwić w sytuacji, która nam nie odpowiada. A że boli? No cóż „takie jest życie” a my właściwie jesteśmy jego ofiarami.

A co mogłoby się stać, gdybyśmy pomyśleli inaczej?
Pomyśleli:
Zmiany to wyzwania czasem wymagające wysiłku. Zmiany to też szanse na lepsze życie. Po ich dokonaniu możemy być szczęśliwsi, ludzie wokół nas mogą poczuć się też lepiej. Po zmianie możemy pomyśleć: jest świetnie! warto było!
Wówczas to my jesteśmy autorami naszego życia.
Takie myślenie wymaga pewnej odwagi. Jeszcze większa odwaga jest konieczna dla dokonania rzeczywistych zmian.

Świat to dosyć nieprzewidywalne miejsce. Zmiany zachodzą w nim ciągle. Czy tego chcemy, czy nie. Możemy być autorami tych, które będą prowadzić nas do szczęśliwszego życia. Jedne zmiany nam się udadzą inne nie.
Jeżeli jednak nie spróbujemy to będziemy nie dość, że trwać w „niewygodnym” miejscu to jeszcze z żalem, że nic z tym nie zrobiliśmy…

No, ale to nasze życie. Każdy z nas odpowiada przed sobą samym za to, co robi lub czego nie robi.

A „regulamin wprowadzania zmian” to nasz wewnętrzny wykręt.