piątek, 29 sierpnia 2014

Z pamiętnika życiowego kołcza - O błędach

Onegdaj przyszedł do mnie pewien mężczyzna, który na początku powiedział, że chce zwiększyć swoją skuteczność w rozmowach z pracownikami. Zaczęliśmy więc rozmawiać o jego pracy tylko, że częściej niż o pracownikach mój rozmówca wspominał o swojej partnerce. Zajęło nam ze dwie sesje uznanie przez tego pana, że ważniejsze dla niego są relacje osobiste niż zawodowe. Kolejne sesje poświęciliśmy na ustalenie, czego on oczekuje od swojej partnerki, dlaczego w ogóle z nią jest i jak chce, aby te wspólne bycie wyglądało.  W którymś momencie naszej rozmowy ów mężczyzna stwierdził, że popełnił błąd wiążąc się z tą osobą. Uznanie, że zainwestował wiele wysiłku i czasu w związek , w którym jest nieszczęśliwy było dla niego bardzo trudne.  Dopiero teraz zrozumiał, że popełnił błąd. Nie lubił popełniać błędów. Chyba zresztą nikt nie lubi.  Błędy nam się źle kojarzą. W szkole karano za nie, w domu często także (choć przecież każdy nastolatek może się pomylić  i zamiast o 20 wrócić wcześnie rano – następnego dnia?) . A przecież błędy są nieodłączną częścią naszego życia. Tym bardziej, że tylko z perspektywy czasu możemy coś ocenić jako błąd. W momencie dokonywania wyboru, podejmowania działania – mając określone informacje, przekonania, stan ducha i ciała jesteśmy zazwyczaj przekonani o swojej słuszności. O tym, że coś było błędem przekonujemy się dopiero po czasie. Nie popełnia błędów tylko ten, co nic nie robi!
W filmie „Wojna domowa” instruktor narciarstwa (grany przez Bogumiła Kobielę)  powtarzał: „Jak sie nie wywrócis, to sie nie naucys” (https://www.youtube.com/watch?v=9RfLuy1xVGw) . Ta filmowa mądrość jest inną postacią stwierdzenia, że ludzie uczą się tylko na własnych błędach. To prawda
w przypadku nauki jazdy na nartach i wielu, wielu innych naszych aktywności. Gdy dwulatek sprawdzi ręką, że ogień parzy, to te doświadczenie zostanie w jego pamięci do końca życia (czasem razem z blizną…). Błąd jest informacją – „tego tak nie rób” – i, jeżeli dalej staramy się osiągnąć to, co zamierzaliśmy – kolejne działanie będzie już inne. Wydaje się to całkiem rozsądnym podejściem. Metodą prób i błędów małe dzieci uczą się budowania domów z klocków, a dorośli konstruują rakiety kosmiczne.  Dowodem na skuteczność tej metody, prócz dziecięcych konstrukcji,są dokonania np. wynalazców. Kiedyś Thomas Edison komentując swoje prace nad wynalezieniem żarówki powiedział: „Nie odniosłem niepowodzenia. Poznałem 10 tysięcy sposobów, w jaki nie można tego zrobić”. Tak myśląc podejmował kolejne próby i udało mu się (przy okazji nam także – wyobrażacie sobie chodzenie spać „razem z kurami”?). 

Jednak sama wytrwałość do tego sukcesu nie wystarczy. Edison po każdej próbie modyfikował swój pomysł. Po niepowodzeniu warto zastanowić się nad jego przyczynami, pomyśleć, co warto zmienić i … zacząć jeszcze raz. Tak zrobił np. Henry Ford. Zaczął od pomysłu o uruchomieniu masowej produkcji tanich zegarków. Później zainteresował się za samochodami. Pierwszych jego kilka firm zupełnie zbankrutowało, z jednej sam odszedł pokłócony ze wspólnikami. Sukcesem (który trwa do dziś) było dopiero uruchomienie produkcji Forda T produkowanego na taśmie produkcyjnej (pierwszego  taniego samochodu wytwarzanego masowo – coś zostało tu z „zegarkowej”).  Może się wydawać, że w obliczu niepowodzenia, zmiana sposobu działania jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem (oczywiście jeżeli odrzucimy całkowitą rezygnację).  Tak „może się wydawać” przy założeniu, że ludzie postępują racjonalnie. Z tą racjonalnością nie jest jednak tak dobrze jakbyśmy tego chcieli.  
W uczeniu się poprzez błędy ważne są dwa elementy. Pierwszym jest wytrwałość – „nie udało się, więc spróbuję jeszcze raz”. Jeżeli zrażalibyśmy się do nawiązywania kontaktów z płcią przeciwną (np. po pierwszej złośliwej uwadze połączonej z pełnym politowania spojrzeniem) to pewnie ludzkości by nie było. Na szczęście większość ludzi ma w sobie odpowiednie zasoby wytrwałości (przynajmniej jeśli chodzi o relacje damsko – męskie). Wytrwałość użyteczna jest w sprawach mniejszej i większej wagi np. w uprawianiu przydomowego ogródka, poszukiwaniu pracy, tworzeniu satysfakcjonujących związków, wyjaśnianiu początków Wszechświata. Jedną z różnic pomiędzy tymi, którzy osiągają w życiu to, co pragną i tymi, którym się to nie udaje, jest  różny poziom wytrwałości. Ludzie, którzy „wyrzuceni drzwiami, wchodzą oknem” tworzą sobie szanse na końcowy sukces.
 Amerykański psycholog społeczny Leon Festinger w latach 50-tych zeszłego wieku sformułował teorię dysonansu poznawczego. Wyjaśniał, że ludzie przeżywają nieprzyjemne emocje, gdy dotrą do nich dwie sprzeczne informacje dotyczące ważnych dla nich sfer życia. Taki dysonans pojawia się w zagorzałym wielbicielu schabowych, gdy nieopatrznie spojrzy na film z rzeźni zakładów mięsnych.
To samo przeżywa palacz czytając o wpływie palenia na zdrowie. Pojawienie się nieprzyjemnych emocji to dopiero początek tego, co się w nas dzieje. Bo co możemy zrobić w tej sytuacji? Zrezygnować ze schabowych, rzucić palenie? RZUCIĆ PALENIE??!! Niektórzy rzucają (są nawet tacy, którzy mogą się pochwalić tym, że wielokrotnie rzucali palenie), a jeszcze inni … uruchamiają całą procedurę udowadniania sobie, że palenie akurat im nie zaszkodzi, że te „strachy to na Lachy”, że bez palenia mieliby większe kłopoty z powodu otyłości lub nieustających kłótni, itp., itd.
A co robią i bezczelnie wielkimi straszącymi napisami na opakowaniach papierosów? Po prostu ich nie dostrzegają. Eliot Aronson pisze o „błędzie potwierdzenia” – mechanizmie polegającym na ignorowaniu i niezauważaniu informacji niezgodnych z naszymi przekonaniami,  a nadawaniu większej wagi informacjom, które nad odpowiadają. „Błąd potwierdzenia” to sposób naszego umysłu na radzenie sobie z dysonansem poznawczym. Wielbiciele schabowych omijają skwapliwie informacje o szkodliwości nadmiaru wieprzowiny i komunikaty obrońców zwierząt. Za to z dużą uwagą czytają doniesienia o korzystnym wpływie białka zwierzęcego na organizm. Palacz, który odwiedzi przychodnię zdrowia (bo mu dokucza kaszel…) spędzi kilka godzin czekając na lekarza na korytarzu i nie zauważy wiszącego przed nim wielkiego plakatu pokazującego płuca nałogowca. To wszystko dzieje się poniżej poziomu świadomości – niejako automatycznie. Dzięki „błędowi potwierdzenia” unikamy nieprzyjemnych emocji związanych z dysonansem poznawczym.
Gdy popełnimy błąd możemy go naprawić zmieniając swoje zachowanie. Zmiana jednak nastąpi wówczas, gdy przyznamy, że się myliliśmy. To czasem jest dla nas kosztowne, a nawet zbyt kosztowne.  Wyobraźmy sobie , że kiedyś rodzice powiedzieli ci, że ładnie śpiewasz. Więc postanowiłeś zostać światowej sławy tenorem lub sopranistką. Uczęszczałeś do wielu szkół muzycznych, brałeś prywatne lekcje u najlepszych (i najdroższych) nauczycieli, zrezygnowałeś z wielu przyjemności i.. żadnych sukcesów. Nikt nie chce ci dać zaśpiewać publicznie żadnej arii. Kolejni twoi słuchacze przebąkują coś o braku talentu, o jakimś słoniu, który komuś nadepnął na ucho… Pojawia się w tobie dysonans poznawczy – „wiem, że cudownie śpiewam a oni mówią, że zdecydowanie nie cudownie”. Co robić? Na pomoc pośpieszy ci „błąd potwierdzenia” – ignorujesz wszelkie uwagi niekorzystne dla ciebie a pielęgnujesz  nawet najdrobniejsze informacje potwierdzające twoje przekonanie.  Tak można przeżyć całe życie jako „nierozpoznany genialny talent”!
Co osiągnąłeś ? – Pozostałeś w przekonaniu, że NIE popełniłeś żadnego błędu. A że jesteś nieszczęśliwy…no cóż, szczęście jest stanowczo przereklamowane. Eliot Aronson napisał kiedyś, że ludzie nie tyle są racjonalni ile racjonalizują (czyli znajdują uzasadnienia wyglądające na wynikające z logiki i faktów) swoje nieracjonalne decyzje.
Tak samo postępują ludzie w bardzo wielu powszechniej spotykanych sytuacjach. Zdarza się, że ktoś pracuje w miejscu, w którym się męczy – robi to, czego nie lubi i/lub pracuje z ludźmi, których nie cierpi. Nic nadzwyczajnego – popełnił błąd decydując się na tę pracę. Wystarczy ją zmienić. Ale zmiana oznacza ryzyko. Więc z jednej strony nie chce tu pracować, a z drugiej boi się pójść gdzie indziej.  Jego umysł zaczyna więc podsuwać mu usprawiedliwiania -  „wszędzie jest tak samo,  już się przyzwyczaiłeś,  po za tym masz tu swój ulubiony kubek i niedaleko do przystanku. ”  W ten sposób mija kolejny rok. Niechęć do chodzenia do pracy coraz większa, koniec tygodnia coraz bardziej utęskniony, bez piwa już usnąć nie można.  Stres zaczyna niszczyć ciało i życie.
Przepis „Jak sie nie wywrócis, to sie nie naucys” – zamienia się w smutne „Jak sie wywrócis, to tez sie nie naucys” .
Tak może być ze studiami „bez sensu – dla nas”, potem z pracą „nie dla nas”, związkiem „z niewłaściwą osobą”.  Niektórzy zorientują się, że tkwią w błędzie – wielkim błędzie –po pierwszym zawale lub pobycie na oddziale odwykowym. Inni przeżyją nieszczęśliwe życie. Są też tacy, którzy wobec oznak, że „coś jest nie tak”, zamiast sztuczek umysłowych postanowią się temu przyjrzeć realnie na tyle, na ile jest to możliwe i dokonać zmiany. Naprawić błąd.  Nie jest to łatwe. Trzeba przecież uznać, że się myliliśmy, znaleźć nowe rozwiązanie i podjąć ryzyko jego realizacji. Tym świadomym procesom nie  pomagają zasady rządzące  naszym mózgiem  poznane przez neurobiologów . Ich zdaniem nasz mózg nie lubi zmian i kocha pewność. Nawet jeżeli jest to pewność nieprzyjemnych sytuacji. Więc raczej będzie unikał myślenia o zmianie – będzie zakrywał je w mgle tysiąca mniej ważnych myśli, zapominał, odkładał pomyślenie „na jutro”.  Myślenie będzie w ogóle upośledzone przez stres. Gdy przeżywamy silne emocje niewiele jest w mózgu zasobów racjonalnego do szukania nowych rozwiązań. Mało tego – nasz mózg nawet nie dostrzeże nowych możliwości.  To tak jakbyśmy stali przed zamkniętymi drzwiami, czuli z tego powodu złość i smutek, a jednocześnie nie byli w stanie spojrzeć w bok i zobaczyć otwartej bramy. Z czasem zaczniemy sobie mówić, że tych drzwi się nie da po prostu przejść, że nikt nie przechodzi, że taki jest świat… A gdy ktoś pomacha nam z drugiej strony to pomyślimy, że udało mu się bo jest łotrem. A zresztą na pewno i jemu jest źle.
Oczywiście nasz mózg to nie my i możemy – nawet wbrew neurobiologii – stworzyć wizję lepszego życia i podjąć się jej realizacji. 
Na szczęście są ludzie wokół, którym na nas zależy – przyjaciele, bliscy. Oni – nie ograniczeni przeżywanym przez nas dysonansem poznawczym, błędem potwierdzenia i naszego mózgu pragnieniem pewności – mogą uporczywie nam zwracać uwagę na to, czego nie możemy (bo nie chcemy  - lub odwrotnie) zauważyć.  Te drzwi można otworzyć! Można skorzystać z bramy obok! Jeżeli pozwolimy sobie na usłyszenie tego, co mówią, to wówczas będzie nam łatwiej zmienić sytuację, w której cierpimy.  Jeżeli nie mamy takich ludzi wokół siebie możemy skorzystać z „zewnętrznego oglądu” profesjonalisty – coacha.
Właśnie na tym polega to, co robię. Jestem takim „dodatkowym okiem i umysłem” – głosem z zewnętrznego świata.  Przychodzą do mnie ludzie przeżywający silne emocje związane z ich aktualną sytuacją.  Pomagam im zrozumieć , co i dlaczego czują, wspólnie szukamy nowych rozwiązań  patrząc z różnych perspektyw na ich sytuację, pragnienia i możliwości. Te poszukiwania wymagają od nich pokory i gotowości do uznania, że: coś „jest nie tak”, coś „źle” robią - może popełniają jakieś błędy. Podczas wspólnego oglądu odkrywają, że MOGĄ, że WARTO,  że jest SENS. Niektórzy z nich znajdują w sobie tyle odwagi, żeby zacząć działać.
Wówczas po stwierdzeniu „Jak sie nie wywrócis, to sie nie naucys”  pojawia się  „Jak sie wywrócis i sie naucys to będziesz szczęśliwszy”
Mój rozmówca – gdy już uznał błąd – postanowił wyciągnąć z tego wnioski. Miał kilka możliwości: mógł związek zakończyć,  mógł zmienić swoje oczekiwania wobec niego, mógł starać się wpłynąć na partnerkę, mógł też pozostawić sprawy swojemu biegowi. Wspólnie przeanalizowaliśmy koszty i korzyści każdego z wyborów i mężczyzna podjął decyzję. Czy tym razem dobrą dla siebie? Czas pokaże…tym razem
Artur Brzeziński, coach.integra@gmail.com”


czwartek, 21 sierpnia 2014

Z pamiętnika życiowego kołcza (tj. life coacha) - O szantażystach naszych codziennych


Onegdaj na kilku sesjach spotkałem się z panią, która m.in. chciała poprawić swoje relacje z bliskimi. Opowiadała mi, że rezygnuje ze swoich potrzeb, gdy stoją one w sprzeczności z potrzebami innych, ważnych dla niej osób. Pewna sytuacja wyglądała mniej więcej tak: chciała spędzić ze swoim partnerem kilka romantycznych dni w daleko od rodzinnego miasta. Jedno z jej rodziców na te same dni zaplanowało spędzenie „rodzinnego” czasu z córką. Na wieść o planach dziecka (dorosłego) wpadło w rozpacz. Był płacz, zgrzytanie zębów i słowa „To ja tyle lat dla ciebie poświęciłam/-łem, a ty teraz mnie zostawiasz? Tak tylko wyrodne córki robią!” (to nie cytat lecz przerysowane przedstawienie sensu wypowiedzi ). Pani zrezygnowała z wyjazdu. Poniosła też konsekwencje tej decyzji. Podczas „rodzinnych” dni czuła złość i smutek…
Znacie to? To czytajcie dalej.
Moja rozmówczyni, gdy zapytałem dlaczego uległa wyjaśniła, że nie chciała robić przykrości bliskiej osobie.
Zgodnie z powszechnym przekonaniem inni odpowiadają za nasze emocje więc i my odpowiadamy za emocje innych. Mówimy przecież : On mnie zdenerwował! To przez ciebie jest mi smutno! Będzie na mnie zły, gdy to zrobię…. Ucieszy się, gdy mu to powiem...
W ten sposób wydaje się nam, że inni są marionetkami, które nie odpowiadają za swoje uczucia, lecz to my je w nich wywołujemy (ciekawe, że większość ludzi nie chce myśleć  o sobie jako o marionetkach …)

Niektórzy ludzie nauczyli się wykorzystywać to przekonanie i stosują tzw. szantaż emocjonalny.
Jego procedura wygląda tak:
Etap 1 – Żądanie -  On:  Chcę z tobą spędzić czas w domu. Ona: Chcę wyjść z koleżankami w piątek wieczorem.
Etap 2 – Opór - Ona: Już umówiłam się. On: Ale ja chcę zostać z tobą.
Etap 3 – Presja – On: To koleżanki są ważniejsze dla ciebie ode mnie? Już nie zależy ci na nas... Ona: To tylko jeden wieczór. Dawno się nimi nie widziałam…(tłumaczenie się)
Etap 4 – Groźby – On: Jest mi bardzo przykro, zawiodłem się na tobie, muszę przemyśleć nasz związek jeszcze raz…
Etap 5 – Uległość – Ona: No dobrze. Przełożę spotkanie na inny termin (pojawia się w niej poczucie winy, lęk przed rozstaniem, smutek) . On: - Triumfuje, już wie, że następnym razem też osiągnie to, co będzie chciał…
Etap 6 – Powtórzenie w innych okolicznościach.

Aby ta procedura była wypełniana muszą się spotkać dwie osoby o „kompatybilnej” wizji rzeczywistości.
Osoba szantażowana uważa, że odpowiada za emocje innych – więc ulega.
Dla szantażysty wskazywanie swoich trudnych emocji to sposób na sprawowanie władzy – więc do tych emocji się odwołuje.

Niektórzy ludzie potrafią żyć w takich relacjach przez wiele lat.
Tylko, co to za życie! Po każdym ustępstwie czują do siebie pretensję, żal, smutek, złość na siebie i na tę drugą osobę.
Często jednak o tym nie mówią – przecież same zrezygnowały z siebie. Po jakimś czasie może się okazać, że całe swoje życie podporządkowały komuś innemu, komuś wobec kogo czują coraz więcej niechęci. Stąd już niedaleko do kryzysu, który może zakończyć relację …

Co robić więc, aby nie ulegać szantażowi?
Po pierwsze warto wiedzieć, że za nasze emocje odpowiadamy my sami, a nie inni ludzie. To, że moja partnerka wybiera się beze mnie nie musi oznaczać, że nie jestem dla niej ważny.  Po prostu chce spotkać się z koleżankami. Ja też czasem ma ochotę na spotkanie … (nie, nie z jej koleżankami) z kolegami. Jeżeli o sytuacji pomyślę inaczej to i emocje poczuję inne. Emocje więc są efektem tego, co myślę o danej sytuacji, a nie samej sytuacji . Przykład: to nie szef mnie zdenerwował - ja sam się zdenerwowałem, bo oczekiwałem od niego decyzji zgodnej z moimi potrzebami.
Więc, gdy ktoś mówi nam, że przez nas jest mu przykro nie bierzcie tego!
Jest mu przykro W ZWIĄZKU z tym, co robimy, ale to nie my odpowiadamy za jego emocje, to nie my je w nim wywołujemy.
To tak jak ze stłuczką samochodową w której jeden samochód uderza w tył drugiego.  Policja wam powie, że odpowiedzialny jest zawsze ten, co stuknął. Wprawdzie do stłuczki by nie doszło, gdyby nie hamowanie pierwszego samochodu, ale nie jego kierowca ponosi odpowiedzialność za wypadek. Ten pierwszy kierowca ma prawo gwałtownie hamować (nigdy nie wiadomo, co zdarzy się na drodze). Zadaniem tego drugiego jest utrzymywać odpowiednią (co by to nie znaczyło) odległość. Mandat. Koniec. Kropka.

Jeżeli weźmiemy to pod uwagę to przedstawiana wyżej sytuacja mogłaby wyglądać tak:
Etap 1 – Żądanie -  On:  Chcę z tobą spędzić czas w domu. Ona: Chcę wyjść z koleżankami w piątek wieczorem.
Etap 2 – Opór - Ona: Już umówiłam się. On: Ale ja chcę zostać z tobą.
Etap 3 – Presja – On: To koleżanki są ważniejsze dla ciebie ode mnie? Już nie zależy ci na nas... Ona: Chcę wyjść z koleżankami. Już umówiłam się. Nie ma to nic wspólnego z tym, co jest pomiędzy nami.
Etap 4 – Groźby – On: Jest mi bardzo przykro, zawiodłem się na tobie, muszę przemyśleć nasz związek jeszcze raz… .
Etap 5 –  Opór – Ona: Rozumiem, że jest ci przykro. Powtarzam – moje wyjście nie ma nic wspólnego z tym, co jest pomiędzy nami. Oczywiście, jeżeli chcesz myśleć inaczej to będziesz tak robił. Ja wychodzę w piątek.
On: … już wie, że następnym razem nie ma sensu straszyć rozstaniem …
Etap 6 – W następnej sytuacji oboje negocjują swoje stanowiska nie odwołując się do szantażu.
Pięknie, nieprawdaż?

Wracając do pani, o której wspomniałem na początku. Wiele czasu poświęciliśmy na rozmowy o jej przekonaniach na temat odpowiedzialności za emocje innych i jej prawa do zadbania o własne potrzeby a także nad wypracowaniem rożnych strategii postępowania wobec szantażystów.

Efekty tych rozmów dla tej pani podobały się – odzyskała kontrolę nad swoim życiem. Gorzej z samopoczuciem niektórych ludzi wokół niej – stracili nad nią władzę.
Mam nadzieję, że nie wiedzą, kto się do tego przyczynił…
Chyba musiałbym się zacząć ukrywać:)